Piszemy dużo o zmianie nawyków żywieniowych, bardziej aktywnym i świadomym sposobie życia itd. A jak to jest z pracą? W końcu spędzamy w niej znakomitą większość dnia. Macie to szczęście, że pracujecie w zawodzie z powołania? Czy raczej staracie się "neutralizować" stresy codziennego chodzenia do pracy w której nie widzicie głębszego sensu?
Ja jestem z wykształcenia plastykiem, zawodowo zajmuję się projektowaniem stron. Na początku podchodziłam do tego z ogroooomną pasją. W pierwszej firmie w jakiej pracowałam przychodziłam do pracy dużo wcześniej, bo już się nie mogłam doczekać kiedy znowu będę coś tworzyć (to był staż więc bardzo dużo mnie uczyli :))) Ale z czasem, w trakcie 10 lat pracy, w wyniku braku umiejętności radzenia sobie ze stresem, faktem, że jest to wymagający zawód (trzaskanie wypasionych pomysłów jak pstryknięcie palcami) i trudne środowisko (zawsze się dziwiłam dlaczego wśród np. programistów stron internetowych nie ma takiego wyścigu szczurów - cóż artystyczna dusza potrzebuje niepodzielnej uwagi i uwielbienia ;)) po dawnej pasji nie został nawet ślad. Kiedy popsuło mi się zdrowie i zaczęłam się bliżej przyglądać mechanizmom marketingu, machlojom producentów i ogólnie zakłamanemu wizerunkowi co jest zdrowe i niezdrowe odczułam też bezsens mojej pracy pod tym względem. Jako grafik odpowiadałam za jak najbardziej "smaczne" przedstawienie m.in. badziewnych, korporacyjnych produktów spożywczych czy leków. Aby zadbać o zdrowie przeszłam najpierw na pół etatu, a potem ostatecznie zrezygnowałam z pracy w firmie, aby stać się tzw wolnym strzelcem. Była to ryzykowna decyzja :)) bo traciłam pewne poczucie bezpieczeństwa - na etacie nie wybierałam projektów, ale pensje co miesiąc miałam. Teraz miałam swobodę, ale nie wiedziałam czy płynność finansową również :)) Na szczęście okazało się że tak. Teraz pracuję nad interesującymi mnie projektami, mam duuużo mnie stresu (bez przesady, marudni klienci zawsze się zdarzają :)) i mam więcej czasu. Finansowo jest gorzej niż na etacie, ale i tak przyzwoicie. Dzisiaj cieszę się, że podjęłam ten krok.
A jak było/jest z Wami? :))
Znaczniki:
Przeglądane: 71
ja w ogóle zauważyłam, że jeśli nie pracuje się we własnej firmie to ciężko jest pogodzić zdrowy/normalny tryb życia z pracą (choć wiem, że własna firma to tez mnóstwo pracy i stresu - jednak pracujesz dla i na siebie). na dodatek jeśli pracuje się w korporacji to można się pożegnać z normalnym życiem. ja ciągle szukam, zwykle pracuję 3 miesiące i nie daję rady dłużej. nie wiem jak długo takie coś będzie trwało. nie wiem z czego będę żyła w przyszłości. ale nie umiem pewnych rzeczy pogodzić. najgorzej jest z urlopem. mój mąż dostaje 3 tygodnie, a mi przy obecnym zatrudnieniu przysługuje 3 dni. ja nie wytrzymam całego lata w Warszawie. i uważam, że byłoby to nie sprawiedliwe. na tą chwilę to jest mój główny problem. nie mówię już o tym, że pracuję w łikendy i nie mogę spędzić normalnego dnia w domu. przestałam już myśleć o tym, że kiedykolwiek znajdę pracę, która by pasowała do mojego sposobu życia. tyle tego było.... aż mi głupio. nawet nie chcę mi się opowiadać o moich przeżyciach. moja sytuacja i tak jest niezła, gdyż nie płacimy za wynajem mieszkania, nie mamy kredytów, żadnych większych aspiracji zakupowych - żyjemy sobie bardzo prosto. zyskujemy jednak bezcenne rzeczy. jakby się głębiej zastanowić to żadna, nawet najlepsza praca nie byłaby w stanie tego przebić. uważam, że obecnie ludzie bardzo oddalili się od natury. nie widzą jak ważna jest ona dla ich istnienia. to jest taki owczy pęd, gdyż spędzając 12h w pracy nie myśli się już o niczym innym jak o łóżku. nie zauważasz ważnych rzeczy, bo ważne staje się spłacenie kredytu hipotecznego. pracodawca to widzi i wykorzystuje. czasem słyszę jak menadżer klubu rozmawia z ludźmi z recepcji: "co się z tobą dzieje?, czemu masz tak kiepską sprzedaż?, wiesz, że na twoje miejsce jest 5 osób?, ogarnij się bo my potrzebujemy ludzi ambitnych i kreatywnych... - wszystko to mówione takim tonem, że dziękuję. ale wiem, że menadżer jest ciśnięty przez ludzi z góry, kórzy pewnie rozmawiają podobnie... ja mam na razie spokój, ale mnie sprzedaż też obowiązuje. z tym, że trenerów załatwia się inaczej ;) po prostu nie przedłuża się z nimi umowy lub nie podpisuje w ogóle (osoba jest na "teście" i jak nie sprzeda 40 treningów -ok. 130 zł każdy- to nie dostaje umowy, a treningi które sprzedał przechodzą na pracujących master trenerów).
wydaje mi się, że przez taki tryb życia ludzie nie szanują ani swojego zdrowia, ani otaczającej ich przyrody. przestaje ona ich dotyczyć, oddalają się od niej, i staje się ona daleką znajomą. nie podoba mi się to, bo z łatwością niszczy się lasy, zabija zwierzęta - a ludzie nie reagują bo nie mają kiedy, a poza tym nie czują potrzeby bo nie czują się z tym związani, nie widzą zależności swojego istnienia od natury. kiedyś usłyszałam świetne porównanie. jeśli pewnego dnia, jakiś furiat zniszczyłby obraz Mona Lisy świat ogarnęłoby oburzenie, a pacjenta linczowano by do końca jego życia. ale jeśli wycinane są lasy, zabijane wymierające gatunki to jakoś to przechodzi do normalności.
tak więc wpływ mojego sposobu życia na prace jest taki, że nie wytrzymuję zbyt długo w pracy. ja mam silną potrzebę wolności i dodatkowo jestem kompletnie nie przystosowana do dorosłego życia. wolę żyć prosto i skromnie niż poświęcić choćby jedną wiosnę dla jakiejś pracy. może kiedyś będę tego żałować. a może wreszcie uda mi się znaleźć złoty środek.
Permalink Odpowiedź od RAWolucja dnia Kwiecień 14, 2011 o 17:09
Permalink Odpowiedź od Akima dnia Styczeń 28, 2012 o 0:04 U mnie było/jest trochę inaczej. Z wykształcenia jestem psychologiem, ale nie pracuję w zawodzie. Od kilku lat mam pracę siedzącą przed komputerem, zmianową i generalnie nie pozwalającą na awans w dłuższej perspektywie czasu (już osiągnęłam tak naprawdę to, co było do osiągnięcia). Miałam stres, że znajomi (szczególnie ze studiów) robią kariery w branży reklamowej, w agencjach, w działach marketingu, że pracują kreatywnie i ambitnie, a ja jakby stoję zawodowo w miejscu.
Gdy zaczęłam myśleć więcej o moim życiu, o jedzeniu, o moich emocjach i zdecydowałam się na powolne, ale odczuwalne i konsekwentne zmiany, to nagle zaczęłam moją pracę bardzo doceniać. Bo chociaż nie jest kreatywna, to jednak jest spokojna, uporządkowana, nie ma u nas w ogóle wyścigu szczurów, atmosfera między ludźmi jest przyjazna. Gdy teraz wspominam opowieści znajomych o ich kreatywnej, ale wymagającej pracy projektowej, to wolę mój 8-godzinny czas pracy. Nie zabieram pracy do domu, po powrocie do domu mam czas dla siebie - mogę gotować, piec, oglądać TV, czy bez stresu spotkać się z przyjaciółmi na mieście. Teraz stało się to dla mnie najważniejsze.
© 2012 Created by Basia Wesola.